Nazywam się Kasia. Mam 37 lat. Korporacja. Mąż. Dwoje dzieci.
Spałam po 9 godzin. Kładłam się o 22:00. Zasypiałam szybko. Na papierze ideał.
Ale pewnego ranka sprawdziłam smartwatch. Głęboki sen: 14 minut.
Cofnęłam się w historii. To samo co każdej nocy od tygodni. 8 minut. 10 minut. 14 minut. Reszta sen lekki. Wybudzenia. Godziny w łóżku, które WYGLĄDAŁY na sen, ale snem nie były.
I nagle zrozumiałam, dlaczego pierwsza myśl rano zanim jeszcze otworzę oczy to zawsze to samo: „Jestem zmęczona."
Kawa numer jeden, żeby wstać z łóżka. Numer dwa przed spotkaniem o 9:00. Numer trzy o 14:00, bo litery na ekranie zaczynały tańczyć.
Mąż mówił: „Kochanie, śpisz osiem godzin."
Przestałam narzekać. Bo co miałam powiedzieć? „Jestem zmęczona, chociaż śpię wystarczająco?" Brzmi jak wymówka.
Aż pewnego dnia, prowadząc auto z dziećmi z tyłu, na trzy sekundy odpłynęłam. Oczy otwarte. Ręce na kierownicy. Ale mnie tam nie było.
Tamtego wieczoru się rozpłakałam. Nie z powodu bezsenności bo bezsenności nie miałam. Z powodu snu, który nic mi nie dawał.